poniedziałek, 5 września 2011

Decyzje, decyzjusie i DECYZYSKA

Decyzja.

W życiu podejmujemy wiele decyzji. Tysiące decyzji... Jedne są lepsze, drugie gorsze, inne genialne lub okazują się totalną porażką. I zawsze trzeba je podejmować nie w porę. Tzn nam się wydaje że nie w porę. I siedzimy i myślimy. I się zadręczamy. Dlaczego tak jest, że niektóre przychodzą szybko i łatwo a inne tak strasznie ciężko. Dlaczego o wszystkim nie możemy decydować w miarę szybko. Np tak jak wybierając bułki. Grahamki czy kajzerki? Bah! Grahamki. O a może kajzerki? Przecież gdybyśmy o wszystkim mieli decydować rozmyślając co będzie gdy a co jeśli, to w sklepach stalibyśmy kilkakrotnie dłużej niż stoimy. Jak to jest, że czasami idąc właśnie do sklepu, bierzemy z niego tak jak leci nie patrząc na cenę, skład czy coś, a czasami stoimy długimi minutami i patrzymy na produkty zastanawiając się który będzie najlepszy z tych co są na półce. W końcu podejmujemy jakąś decyzję i lecimy dalej. Najwyżej będzie niestrawność lub przytyjemy kilogram.

Wszystko niby takie łatwe, ale czemu niektóre decyzje tak ciężko podjąć? Np te co zrobić dalej w życiu? Wybrać tę pracę czy tą drugą? Lepsze warunki finansowe i mało ambitna i ciekawa praca, czy może lepiej gorsze warunki finansowe ale jednak ciekawa i interesująca praca? I myślimy, myślimy, myślimy... bla bla bla... Mózg normalnie pęka od tych decyzji jakie podejmujemy.

Najgorzej jednak jest jak się nie wie czego się chce dokładnie. Oj wtedy to masakra. Masło czy margaryna? Makaron babuni czy z pszenicy durum? Krem nawilżający czy ujędrniający? Praca czy studia? 5 lat psychologii czy 3 lata pedagogiki? Zostać seksuologiem czy managerem w sklepie?

Życie daje w tej chwili tyyyle możliwości, tyle wyborów, daje nam tyle decyzji do podjęcia, że nasz mózg niezauważalnie się od nich spala. Zaprzątamy sobie bez sensu głowę sprawami, które można by było podjąć szybko i bezboleśnie. Kiedyś na półkach w sklepie były dwa może trzy rodzaje mleka. Teraz jest ich z siedem. Kiedyś decydowało się za młodu kim się chce być i do tego się dążyło, albo rodzice wybierali albo życie za nas wybierało. Teraz? Teraz setki szkół prywatnych, studiów policealnych daje nadzieję, że może pójdziemy w jakimś kierunku, a gdy już idziemy w nim, okazuje się, że wcale nie dostaniemy po nim wymarzonej pracy, albo zainteresuje nas jakaś inna nowość na rynku pracy i będziemy chcieli dążyć do niej, a gdy zmienimy ukierunkowanie, w końcu okażę się, że na próżno, bo tylu już pracowników jest w tej tematyce że znajdujemy się gdzieś na zadupiu łańcucha pokarmowego.

Jesteśmy biedni strasznie. A już zwłaszcza osoby, które nie do końca wiedzą czego chcą od życia.

PS. Swoją drogą skąd się biorą takie osoby? Czy to przez to że mają za dużo rzeczy do wybrania w życiu? Za dużą różnorodność jak się jest małym? Może balet? Tennis? Jazda konna? Taniec? Łyżwiarstwo? Może właśnie przez to, że jest za duża różnorodność we wszystkim co nas otacza wyrastają z małych ludzi ludzie którym ciężko jest podejmować decyzje i nie wiedzą co wybrać? Ciekawe...

czwartek, 12 maja 2011

miłe nie miłemu

Od razu przepraszam za brak polskich znakow ale znow pisze z telefonu. Poprawie niedlugo.

Mówi się, że ludzie z roku na rok, z pokolenia na pokolenie są sobie coraz mniej życzliwi. Moze tak jest moze nie. Wychodzac dzisiaj z domu z naburmuszona mina bo trzeba bylo rano wstac, bo nie bylo tego w lodowce na co mialam akurat ochote, bo ktos chrapie, bo kot grzebie za glosno w kuwecie i z tysiaca innych drobnych powodow, szczerze myslalam ze moj humor nie poprawi sie ani ciut ciut. Jest cieplo, swieci slonce wiec postanowilam pojechac tam gdzie mialam pojechac na rowerze. Pojechalam, zalatwilam co mialam i wracalam oczywiscie z naburmuszona mina. Pewnie mialabym ja do teraz gdyby nie pewna powiedzmy zaleznosc ktora zauwazylam. Poniewaz w polsce jest jak jest i nie ma drog rowerowych, mozna jezdzic chodnikiem lawirujac pomiedzy pieszymi, ale chyba to lepsze niz bac sie ze zaraz wjedzie na Ciebie samochod... w kazdym razie zdarzylo sie ze chodnik byl waski z jednej strony ja jechalam na rowerze a z drugiej szedl pieszy. Jak nic musialabym zjechac na ulice, gdyby nie pewien gest pieszego. Mianowicie zszedl na boczek, zatrzymujac sie i pokazujac zebym jechala. Zaskoczylo mnie to wiec z usmiechem przejezdzajac obok powiedzialam dziekuje, na co uslyszalam prosze bardzo. Nie wiedziec czemu gest ten w sumie chwilowej uprzejmosci byl dla mnie tak ocucajacy, tak powial swiezoscia, nadzieja, dobra energia, ze rzeczywiscie poczulam sie lepiej. I tak od tamtej pory jezdzac dzisiaj na rowerze non stop poprawia mi sie humor, dziekuje, prosze, prosze, dziekuje, dzien dobry, dowidzenia. Slowa gesty tak proste tak nie wymagajace wlasciwie od nas niczego a tak pozytywnie nastawiajace. Szkoda ze coraz zadziej sie to slyszy. Ale w sumie tak zastanawiajac sie, moze tak zadko sie to slyszy bo tak zadko samemu sie te gesty slowa robi i wypowiada?

Dziekuje, prosze,

Prosze, dziekuje...

Tak malo a tak wiele...

Jade dalej obdarowywac przyjemnosciami.
Published with Blogger-droid v1.6.7

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Jesteśmy tym co jemy czyli syfem

Przechodziłam dzisiaj obok McDonalda i tak mi weszło na myśl, że jesteśmy tym, co jemy. Ta fraza to tytuł jakiejś książki o żywności i odpowiednim odżywianiu. Popatrzyłam tak sobie na ludzi w środku. Każda osoba zajadała sie jakimiś hamburgerem albo fryteczkami. Pomyślałam "mniam, ale bym sobie cos takiego zjadła" i wtedy właśnie dokładnie uderzyła mnie powyższa fraza. No, bo w sumie to dużo w tym racji. Każdy z nas zapewne zna jakąś osobę, która jest otyła. Większość osób otyłych wygląda jak wygląda przez siebie, czyli przez to, co zjadła. Tylko mała cząstka tych osób rzeczywiście ma nadwagę z powodu choroby albo jakiś zdrowotnych dolegliwości. Wpieprzamy jak głupki jakieś wszystko, czym nas teraz karmią. Zupki w proszku, sosy instant, ketchupy, gotowe dania, fast foody i inne takie pierdoły. Jemy to i się dziwimy, że nerki siadają za wcześnie, że zawały są w młodym wieku, że cholesterol, że srelol itd... Jak spojrzy się na etykietkę czegokolwiek to wszędzie jest pełno chemii i innych dziwnych zapychaczy. Jemy to, nasz organizm przetwarza i cały syf zostaje w środku. Niby miało to nam polepszyć warunki bytu i ogólnej egzystencji, a tak na dłuższą metę to chyba tylko skraca nam czas...

"Sałatkę poproszę. Tą z łososiem" często słyszy się w jakiś barach i restauracjach. I niby zdrowe to ma być. Nie dość, że warzywa modyfikowane genetycznie (pół biedy) to jeszcze pewnie pryskane chemią i podlewane jakimś moczem lub inną dziwną substancją żeby ładnie wyglądały. Nie wspominając oczywiście o tym, że łosoś wcale nie musi być łososiem.

I wcinamy te chipsy, ciastka, ciasta, mleko, warzywa, sosiki, owoce, i całą inną żywność i nie wiadomo w sumie czy bardziej się trujemy czy bardziej zdrowo jemy.

Np. taka osoba na diecie. Niby wybiera z półek sklepowych to "zdrowe”, bo ma mniej tłuszczu, bo niepryskane skoro ze sklepu ze zdrową żywnością, bo to, bo tamto, ale przecież nasi przodkowie nie znali czegoś takiego jak odtłuszczone mleko, czy sos instant, i żyli sobie jakoś.

Sama już nie wiem, co jest zdrowe a co nie. Uzależnia się nas od małego dziecka od chipsów, ketchupów, słodkich ciasteczek, wafelków, cukierków, rogalików, dziwnego pieczywa, i od dziecka wyrabia się ten taki głupi zwyczaj, że jak się denerwuje to się je i je i je, albo wcina słodkie na poprawę humoru. Fajnie, że naukowcy udowodnili, że czekolada poprawia nastrój, bo ma jakiś magiczny związek, tylko kurczę taka ja dla przykładu, przez to takie przyzwyczajanie (i to wcale nie od małego dziecka, bo jak byłam mała to nawet nie lubiłam słodyczy tylko babcia mi wciskać później zaczęła jakieś bzdety) zamiast wyglądać zdrowo i porządnie, wyglądam jakbym miała sporą nadwagę. A i tak jem ciągle ten piekielny syf, bo tak jest przyjęte w naszej społeczności, ze ten syf się je, a jeśli ktoś nie je to jest dziwny. Chociaż przynajmniej ostatnio zaczęto zwracać uwagę na zdrowy tryb życia. Ale co to za zdrowy tryb życia, gdzie trzeba sobie wszystkiego odmawiać. Bo to za słone, to za tłuste a tamto za słodkie. I ten trend modelkowy, że jak wieszak trzeba wyglądać... W dupsko niech sobie wsadzi te wieszaki ten ktoś, co to ten trend wyglądowy wymyślił. Ani to zdrowe ani ładne. Mimo wszystko jak głupie jedna za drugą przechodzą na diety, żeby za tym trendem gonić.

Jesteśmy tym, co jemy. Ale co mamy jeść w takim razie żeby być zdrowym jak praktycznie wszystko jest nie zdrowe?

Głupota.

Idę pobiegać.
Published with Blogger-droid v1.6.7

niedziela, 10 kwietnia 2011

"Ciekawe co by było gdybym..."

Czasem zdarza się, że do głowy wpadnie nam tego typu myśl "ehhh, żałuję, że te parę lat temu nie zrobiłam tego inaczej" albo "ciekawe jakby to było gdybym nie posłuchała kiedyś kogoś" i tak sobie rozmyślamy. Musimy jednak zwrócić uwagę na to, że gdybyśmy na prawdę zrobiły coś kiedyś inaczej to na prawdę wszystko mogłoby potoczyć się inaczej. Nawet zupełnie inaczej. To wpłynęłoby na rozwój nasz i naszych bliskich i naszych przyszłych bliskich lub nie.

Budząc się dzisiaj rano, spojrzałam rozmarzona w okno, i tak sobie patrzyłam na chmurki lecące po niebie jak te jachciki wyścigowe. I tak sobie patrzyłam i patrzyłam, aż wreszcie wkradła mi się do głowy ta myśl, "Ciekawe co by było gdybym..." i nagle uderzyło mnie z siłą niewyobrażalnie wielką, o czym ja w ogóle myślę! Przecież gdybym zrobiła w swojej przeszłości coś inaczej, mogłabym nie poznać tych ludzi których znam, nie zebrałabym takich doświadczeń życiowych, które uważam za ważne, a przede wszystkim pewnie nie poznałabym mojego wspaniałego partnera! Tyle razy zastanawiałam się co by było gdyby, ale dopiero teraz uderzyło mnie to z tak wielką siłą.

Musimy zdawać sobie sprawę z tego co mamy i gdzie jesteśmy. Cieszyć się z tego każdego dnia, bo w jakiejś innej rzeczywistości wszystko mogłoby potoczyć się inaczej, może lepiej, ale może też i gorzej.

Moje życie jest umiarkowanie takie jakie bym chciała, a przynajmniej dążę powoli i uporczywie do tego żeby takie było, i wydaje mi się że idzie mi całkiem nieźle, czyli podsumowując moje życie jest "dobre". Ale gdybym postąpiła w przeszłości inaczej mogłoby być znacznie gorzej. O wiele gorzej. Nie myślę o lepszym, bo to lepsze zawsze można sobie stworzyć. Wychodzę z założenia, że nie ma rzeczy nie możliwych i jeśli ktoś czegoś na prawdę bardzo chce, to pokonując przeciwności losu do tego w końcu dotrze.

W każdym razie za nic bym nie zmieniła tego co mam teraz. Wszystkie przykre doświadczenia jakie miałam pomiędzy tym "a co by było gdyby" a teraz, są podbudowujące, umacniające i nauczające. Może gdybym przeżyła inaczej coś, to nie miałabym tych doświadczeń i byłabym przez to bardziej "pusta"?

Powinniśmy się cieszyć z tego jak jest, a jeśli jest niewystarczająco to na bieżąco starać się o to, żeby było lepiej. Nawet jeśli wydaje nam się, że tkwimy w jakimś za przeproszeniem gównie, że jest źle, przepełnia nas beznadziejność, to musimy zdać sobie sprawę, że na prawdę mogło być jeszcze gorzej. Czasem nawet o wiele gorzej niż myślimy.

A jeśli jest dobrze? Bądź jeszcze lepiej? To po co gdybać o tym "co by było gdyby". Wtedy pozostaje się tylko cieszyć z tego co jest, chyba, że to gdybanie nie byłoby w sensie "marzeń" a w sensie siły pchającej nas na przód czyli wywołującej np. strach.

Gdybanie możemy zostawić sobie na starość, jako jeden wielki żart z życia. Usiądziemy wtedy w fotelu, nakryjemy się kocykiem i patrząc prosto w oczy życiu będziemy mogły powiedzieć "a widzisz, gdyby nie to że...".

A teraz? Teraz ważne jest to co mamy, to co chcemy mieć. Cieszmy się, i ewentualnie starajmy się dalej.

"Pamiętaj, że nawet jeśli wydaje Ci się, że jesteś już na samym dnie, to ZAWSZE mogło być gorzej"

sobota, 9 kwietnia 2011

W butach przez życie

Życie ludzkie jest w jakiś sposób intrygujące i w jakiś sposób beznadziejne. Nie to, że twierdze, że nie ma sensu. Życie jest, było i miejmy nadzieję, że zawsze będzie. Myślę raczej o tym jakby spojrzeć na życie ogólnie. Nie na indywidualne jednostki, nie na to jak komu się wiedzie, jak kto żyje, czy szybko, czy wolno, czy biednie lub bogato.

Rodzimy się, spędzamy dzieciństwo radośnie lub mniej, dorastamy, poznajemy wartości świata, buntujemy się czasami, uczymy się, uczymy się więcej, pracujemy, zakładamy rodzinę, starzejemy się, idziemy na emeryturę, aż wreszcie pewnego dnia umieramy. Rodzimy się po to by umrzeć. Czy to nie jest jakieś takie zaprzeczenie samo w sobie? Coś dawać, żeby później móc to odebrać. Rozumiem to, że w czasie życia dajemy ludzkości coś z siebie lub też nie, dajemy nowe życie, lub też nie i że właściwie na tym polega to całe "przeżycie" do śmierci.

Nasza egzystencja wydaje mi się błaha. Jakby była zwyczajnie jakimś żartem tylko a nie czymś ważnym. Robimy z życia coś ważnego, bo prawdopodobnie mamy je tylko jedno. Ale skąd wiedzieć jak je dobrze przeżyć? Kto dobrze przeżywa to życie? Ten co pnie się do góry po szczeblach kariery w biurze, ten co w kamieniołomach pracuje, czy ten co to ma wszystko gdzieś i jako włóczykij zmierza przez świat. Który ze sposobów życia jest tym odpowiednim… No bo jeśli myśleć o tym, że po tym życiu nic nie ma, jakaś pustka, że znikamy i koniec, to chciałoby się to życie jakoś godnie przeżyć, jakoś dobrze, odpowiednio, żeby spróbować i poznać jak najwięcej, żeby ci co nas będą wspominać myśleli o nas jak najlepiej, bo my nie będziemy już nic myśleć. A może właśnie jak jest pustka po śmierci to mieć wszystko gdzieś? Bo przecież nie będziemy żałować tego jak przeżyliśmy życie… 

czwartek, 7 kwietnia 2011

Być w niebyciu

Miewacie takie uczucie czasami, ze jesteście, ale jakby was nie ma? Ale nie może przecież was nie być. Wasze ciało siedzi na łóżku, krzesełku czy w fotelu, widzicie to co się dzieje przed wami, ścianę, telewizor, inne osoby, słyszycie dźwięki, czujecie zapachy... Ale was nie ma. Próbujecie myśleć o czymś, o czymkolwiek, ale jakby po co... Jak to... Myśl myśl myśl...

Stan zawiśnięcia między światami, między świadomością i nie świadomością. Stan kiedy nic się nie chce robić, ale jednocześnie chciałoby się zrobić wszystko. I tak się siedzi...

I siedzi...

I siedzi...

Robić coś, czy może nie robić?...

nic...

nic...

nic...

No bo co tu robić? Tyle jest do zrobienia. Tyle rzeczy ma się czasami do zrobienia i najchętniej zabrałoby się za nie wszystkie na raz. Na wszystkie na raz się ma pomysł, ale nie wie się od której zacząć? No bo która jest najważniejsza, skoro wszystkie wydają się stać na równi?

A może nie robić nic? Bo jak nie można wszystkiego na raz, to co ma się robić?

Stan między stanami... Stan między mocą a nie mocą... Stan gdzie wie się czego chce, gdzie w końcu wie się co trzeba zrobić i jak i po co, jest jakiś plan, ale jednocześnie nie można zrobić nic... Niemoc w mocy... Moc w niemocy... Nie można zrobić nic bo chciałoby się wszystko na raz. I zaczyna się robić jedną rzecz, ale nasz mózg jakby ginie w tym co robi... To może następną rzecz? I znowu ginie... Tyle chce się zrobić, tyle myśli jest w środku, tyle planów, że to co można by było zrobić teraz ginie gdzieś wśród nich... Natłok myśli zagłusza wszystko i robi się z niego jedna wielka plątanina, jeden wielki szum....

Szszszszszsz....

Szszszszszsz...

Szszszszszsz...

Robić coś? Czy nie robić... Robić? Czy nie robić... Może zrobię bo tyle jest w sumie do zrobienia i mam tyle planów... Ale z drugiej strony to po co teraz robić? Bo niby jak, skoro nie wiem co robić...

Robić...

Nie robić...

Tik...

Tak...

piątek, 25 marca 2011

Kobieta kot

Ostatnio zaczęłam się zastanawiać nad kobietą kotem. Nie chodzi mi o postać z komiksów i filmów, tylko o pewne zjawisko. "Przyczaj te kocie ruchy" mówi facet do faceta (przy czym facet jest użyte specjalnie jako określenie pewnego rodzaju mężczyzny) i wskazuje zgrabnie poruszającą się kobietę.

Gdy jest jej dobrze odpłaci z nawiązką, lecz gdy ktoś zrobi coś nie tak, coś co nie będzie jej pasowało lub jakoś drażniąco podziała to zemści się dotkliwie. Na pieszczoty kiedy ma na to ochotę odpowie pieszczotami, ale gdy nie ma na nie najmniejszej chęci, fuknie coś pod nosem i ucieknie. Z brudnej ubikacji niechętnie skorzysta ale czasem już woli załatwić potrzebę gdzieś na uboczu niż pośród brudu i zarazków. Jak potrzebuje czułości, to chętnie przyjdzie ale nie zrozumie odmowy, no bo jak ktoś może nie chcieć akurat teraz tego samego co ona? Gdy jest zajęta i ktoś jej przeszkodzi, rzuca się z pretensjami. Pobawić i powygłupiać się lubi, ale gdy tylko ma dość lub jest znudzona, pokazuje to boleśnie i ostentacyjnie. Nowe zabawki i świecidełka lubi jak najbardziej, ale bywa że szybko się nimi nudzi. Oczywiście bywa wybredna jeśli chodzi o jedzenie i tu nic dodać nic ująć. Jak nie będzie pasować to owszem zje, ale kręcąc nosem.

Czy opis ten przypomina bardziej kota, czy wnętrze, nawet to głęboko ukryte, każdej praktycznie kobiety? Mnie osobiście opisuje jak najbardziej. Nie mówię, że zawsze tak wszystko uzewnętrzniam, ale moje wnętrze zgadza się chyba prawie ze wszystkim. Zgadzam się z tym ja, ale i domowa kocica się z tym zgadza. Tak więc,

Kobieta czy kot?

Kot czy kobieta?

Miauuu...?

Zrób dziś co masz zrobić jutro, bo jutro i tak będzie zawsze coś nowego do roboty

Wszyscy się ciągle gdzieś spieszą. Rano do pracy, popołudniu z pracy, na zakupach pośpiech, w urzędach pośpiech, w bankach pośpiech... I tłok, zawsze, wszędzie i o każdej porze. Jesteśmy jak mrówki w mrowisku, albo pszczoły w ulu. Biegamy z domu do pracy, z pracy do domu, z domu do sklepu, ze sklepu do kuchni, dodając do tego dzieci, dochodzą przedszkola, szkoły i zajęcia dodatkowe. I coraz szybciej i szybciej jak lokomotywa, turk, turk, turkocze po szynach rozpędzając się, żeby uciągnąć za sobą wagony pełne obowiązków, doświadczeń, przypadków i obietnic. I tak dzień w dzień...

Turk, turk...

Turk, turk...

Turk, turk...

Jak mróweczki, jak pszczoły, jak lokomotywa co pot z niej spływa...

A może odpoczynek? No najlepiej na łonie natury, czyli np.. na działce. Jak już się ma taką działkę, przestrzeń jakąś zieloną z trawniczkiem, iglaczkami, kwietnikiem a nie daj boże jeszcze z warzywniakiem, bo przecież trzeba się zdrowo odżywiać, to na pewno odpoczniemy. Kosząc trawnik, pieląc grządki i walcząc ze szkodnikami. Faktem jest, że gdy się ze wszystkim uporamy to znajdziemy w końcu chwilę, by położyć się na leżaku. Chwile. Przecież zapomnieliśmy na pewno o czymś co trzeba zrobić.

Turk, turk...

Turk, turk...

Turk, turk...

Leniwym jest ciężko, normalnym nerwowo, a "popychacze" są w swoim żywiole. Tylko kim lepiej być? Leniwym i ciągle wysłuchiwać "tego nie zrobiłeś, tamtego nie, siamtego...". Może lepiej być normalnym? Leniwym przypominać, a "popychaczy" wysłuchiwać i ze zszarpanymi nerwami wieść "spokojne" życie. A może lepiej być "popychaczem" i przypominać, i mówić ciągle wszystkim o wszystkim? Gdyby przełożyć to na prawo dżungli, ciekawe, który gatunek dłużej by przeżył:
Leniwców, na których presję ciągle wywierają pozostałe dwa, ale leniwce mają wszystko ładnie mówiąc gdzieś, chyba że sumienie ich ruszy;
Normalnych, którzy wywierają presję i są pod presją, robią i nie robią, denerwując się, że leniwce nic nie robią chociaż im się przypomina i powtarza i wysłuchują jednocześnie jak "popychacze" im samym przypominają i powtarzają;
"Popychacze" znielubieni a może nawet i znienawidzeni przez oba pozostałe gatunki za wieczne mówienie co jak i kiedy.

I tak sobie całe życie spędzamy na turkotaniu. Zaczyna się już w przedszkolu. W żłobku na szczęście nie doczepiają jeszcze wagonów. Wagoniki może, ale wagony dopiero gdy idziemy do przedszkola. Na początku jest zabawnie, bo sami traktujemy wszystko jako zabawę, a później się zaczyna. Dodatkowy angielski, dodatkowy francuski, tańce, kółko teatralne, robótek ręcznych, matematyczne, polonistyczne i kto wie jeszcze jakie, żeby tylko zacząć przygotowywać się do podstawówki i dalszego życia. Podstawówka to już mała szkoła przetrwania. Im jesteśmy starsi tym ten survival jest cięższy i coraz mniej osób mamy do pomocy. W każdym razie w podstawówce poznajemy co to jest wyścig szczurów. I znowu dodatkowe zajęcia w domu, bo jesteśmy już bardziej odpowiedzialni, i w szkole, bo musimy gonić inne dzieci, żeby od nich za bardzo nie odstawać. I pędzimy z domu do szkoły, ze szkoły do domu, na zajęcia dodatkowe, turk, turk, turk... i tak poprzez egzamin gimnazjalny i maturę, dostajemy się na studia, lub też nie, bo przegraliśmy wyścig. Na studiach czasami zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy jak ta lokomotywa, pszczółka, albo mrówka, ale mimo tego turkoczemy coraz szybciej na przód. Studia, praca, rodzina, turk, turk, turk, studia, praca, rodzina, turk, turk, turk, studia, praca, rodzina, dziecko...

I tak turkoczemy sobie przez życie, aż wreszcie u kresu spokojnie sobie odpoczniemy. Chociaż nie wiem czy spokojnym odpoczynkiem można nazwać schorowane stawy, bolące od nerwów wrzody i tą niemoc w zrobieniu wielu rzeczy...

A życie? A życie dalej turkocze...

Ciuuuu ciuuuuu....

Miękka delikatna skóra w standardzie


Ostatnio miałam trochę czasu dla siebie, więc jak chyba każda młoda dbająca o siebie kobieta, postanowiłam zająć się sobą. Nie chciałam tracić na to nie wiem ile czasu, po prostu chciałam zrobić ze sobą to co powinnam robić co rano, ale nie zawsze z tym zdążam. Do tych czynności należało między innymi: wzięcie prysznica, umycie głowy, nałożenie odżywki na włosy, golenie wszystkiego co ogolone być powinno, lub wypada żeby było ogolone, użycie pillingu do ciała, pozbycie się zrogowaciałego naskórka z pięt, mycie zębów, nitkowanie zębów, pilling twarzy, tonizowanie twarzy, maseczka oczyszczająca na twarz, nawilżanie twarzy, nałożenie kremu antycelulitowego, nałożenie kremu ujędrniającego na biust, nawilżanie ciała balsamem, nawilżenie piętek itp... itd... w pewnym momencie doszło do mnie, ile czasu to zabiera. Gdybym z czystym sumieniem praktycznie co rano, spędzała tyle czasu w łazience, a potem jeszcze miałabym zająć się resztą porannych zajęć (ścielenie łóżka, przygotowywanie śniadania, itp.) musiałabym wstawać ok trzech godzin przed wyjściem z domu. Jeśli chodziłabym do pracy np., na ósmą, musiałabym wstawać o 5. Katorga? Poświęcenie? Głupota? Czy po prostu życie?

Od lat wizerunek idealnej kobiety zmienia się wbrew pozorom bardzo szybko. Część z nas nadąża naturalnie nad tymi zmianami, inne starają się nadążyć, a jeszcze inne nawet o tym nie myślą, bo nie mają na to czasu. Jak można nadążyć nad tymi zmianami mając dzieci, męża, dom i do tego jeszcze pracę? Wszystkim trzeba się zająć, nawet jeśli mamy osobę, która nas choć trochę odciąży.

Mężczyźni "wymagają" od nas tego, żeby nasze włosy były miękkie i pachnące, skóra delikatna, pięty nie drapiące, cellulit jest be, rozstępy są fe, tłuszczyk jest fajny ale nie do końca, i najlepiej żebyśmy zawsze były miłe, słodkie, gotowały i robiły wszystko, żeby naszym panom i nam było jak najlepiej. I staramy się jak głupie, żeby być "cacy", chudniemy, ćwiczymy, nakładamy kosmetyki, i tak w kółko. I czasem tylko usłyszymy "ładnie wyglądasz" albo "kochanie Twój jeżyk mnie drapie".

A jeszcze niedawno, praktycznie jedynymi kosmetykami jakie się używało, była pasta do zębów, krem bambino, szare mydło, szminka i jakaś perfuma. Nie wspominając już o tym, że widok nieogolonych nóg był normalny. Teraz jest niewybaczalne, żeby kobieta nie zdążyła się tym zająć.

Niektóre mają naturalnie zakodowane żeby dbać o siebie i podążać za trendami, inne muszą się starać, a jeszcze inne się tym nie przejmują. Ale co z naszymi panami? Jedni tolerują to, że nie zdążymy ze wszystkim, a inni nie dopuszczają tego, że kobieta może coś zaniedbać. I dobrze niech tak będzie, ale czy nam jest miło, gdy nasz mężczyzna drapie nas w nocy piętami? Chyba nie do końca. A na słowa "kochanie drapiesz mnie", albo "kochanie masz szorstką skórę" reagują jak rozdrażniona mucha. Jak to jest? Dlaczego tylko my mamy o siebie dbać a nasi panowie nie? Oczywiście są różni panowie, którzy dbają o siebie za bardzo i wtedy nazywamy ich zniewieściałymi, albo i tacy co nie dbają o siebie w ogóle i w takim wypadku nie chcemy mieć z nimi nic wspólnego. Nie chce oczywiście powiedzieć, że nasi mężczyźni mają używać aż tyle kosmetyków co my. Nawet nigdy bym chyba nie próbowała przekonywać żadnego z nich, bo to by było jak przekonywanie ściany, żeby się przesunęła o metr, ale myślę że żyletka, nożyczki, pumeks, balsam do ciała, perfuma i rzeczy po goleniu, powinny być w standardzie.

Tak miło jest się przytulić do miękkiej i delikatnej skóry, ocierając stópką o stópkę...
Published with Blogger-droid v1.6.7

czwartek, 17 marca 2011

Chomikowanie

Sprzątanie pokoju to ciężka rzecz. Jeszcze cięższe jest sprzątanie mieszkania, domu, nie wspominając o prawdziwej krainie chomikowania, czyli piwnicy lub garażu. Skąd się u nas bierze to chomikowanie. Rozejrzyjmy się we własnym kącie. Ile mamy wokół siebie rzeczy, które leżą i nigdy ich nie użyliśmy? Albo ubrań w szafie, których nie nosimy od lat i właściwie to ich nigdy nie założymy? Mnóstwo. Założę się, że nawet Ci co niby nie chomikują rzeczy i tak znajdą coś, choćby jedną jedyną rzecz, której mogliby się pozbyć.

Dziurawe skarpetki - nie nie wyrzucę, bo w sumie to mogę je zacerować i będą jak nowe.

Bluzka z krótkim rękawem - no niby nie nosiłam jej już od jakiś 5 czy 6 lat, może jest trochę przymała, albo ma gdzieś plamkę, ale zostawię ją, bo będę miała do chodzenia po domu.

Stary cień do powiek w jakimś dziwnym kolorze, którym się na pewno nie pomaluje - w sumie to zostawię, bo może ktoś będzie robił bal przebierańców i się przyda.

Głośniki do komputera - no niby charczą, czy tam przerywają, ale niech sobie jeszcze poleżą, może kabelek się przyda lub wtyczka.

Torebka - o, tej to nie nosiłam od jakiś 7 czy 8 lat, ale do stroju się może przydać.

Stary sweter - będzie po domu.

t shirt - może na szmatkę?

I tak chomikujemy, i chomikujemy, wmawiając sobie, że to się nam na pewno jeszcze przyda. Ale z czystym myślę sumieniem większość tych rzeczy będzie dalej zalegała na półce, czy gdzieś i nawet ich nie użyjemy. Sprzątanie gruntowne z pozbywaniem się zachomikowanych rzeczy to nie jest prosta sprawa. Z niektórymi się na prawdę trudno rozstać, dlatego do sprzątania takiego myślę, że trzeba przygotować się psychicznie. Dwa dni wcześniej zacząć myśleć, że pozbędzie się wszystkiego co nie potrzebne. To oczywiście i tak nie wystarczy, bo pozbędziemy się tylko połowy niepotrzebnych rzeczy, ale zawsze coś.

To w końcu jak to jest. Człowiek czy chomik? Można się w tym zgubić. Chomciu, chomciu, chomciu... Nie ma sposobu na chomikowanie. Patrzysz na coś i myślisz, że się przyda bo może rzeczywiście i się przyda? Kto to wie. Ale logicznie myśląc, jeśli leży to już ponad rok i nie jest używane to czy się przyda?

Najlepszym myślę sposobem na pozbycie się chomikowania jest nie chomikować od samego początku. Skarpetki są dziurawe? Do kosza albo do cerowania od razu. Bluzka ma plamkę i nie da się sprać? Do kosza albo na ścierkę od razu. Od razu powinniśmy się pozbywać rzeczy, których nie użyjemy, bo później nasze domy zalegają w takich rzeczach. Teraz czasami się śmiejemy z naszych babcinych domów, że tak dużo tam bibelotów i innych dziwnych rzeczy, o których babcie już pewnie dawno zapomniały. A jak będą wyglądały nasze domy za 30 lat?

Jednak najgorsze przy chomikowaniu są prezenty. Gwiazdka, urodziny czy imieniny i prezenty, które ani to potrzebne, ani przydatne, ani trafione. Tego się już nauczyłam i myślę, że to przydatna umiejętność. Jeśli dostaję coś, czego nie użyję, nie dotknę, nie będę nosić, używać itd, wydaję to dalej na prezent. Tylko trzeba uważać, żeby nie trafiło z powrotem do osoby która nam to wręczyła :)

Ehhh te bibeloty, po co one komu?

O! Moje ulubione skarpeteczki, których chyba z rok nie widziałam...
ojć dziurka.
No nic, na pewno zaceruję kiedyś.

O dylematach...


Każdy z nas ma dylematy. Pojawiają się właściwie na każdym kroku, w każdej dziedzinie życiowej. Czasem większe, czasem mniejsze. I po co nam one? Nie można by było po prostu podjąć jakiejś decyzji? Tak lub nie. I koniec. Czemu ludzie zastanawiają się po tysiąckroć nad czymś, a z każdym myśleniem o tym, dylemat czy problem się pogłębia. Zaprzątamy sobie głowy tysiącem nie potrzebnych myśli i problemów, które tak naprawdę w żaden sposób nam nie pomogą czy nie zaszkodzą. Dylematy, dylematy, dylematy... Zawsze są za i przeciw. Zawsze trzeba przemyśleć i za i przeciw. Tylko tak naprawdę co jest za, a co przeciw? A jeśli jest o jedno więcej za, to oznacza, że już jest na tak, czy że jeszcze trochę na nie? I siedzimy i myślimy, myślimy, myślimy, a mózg nam paruje, a my myślimy i myślimy i myślimy... i po co? Po co tak siedzieć i rozmyślać skoro decyzję można szybko podjąć. Tak lub nie, nie lub tak. Im szybciej podejmie się decyzje tym lepiej. Oczywiście nie można podjąć decyzji pochopnie, bo to się może źle skończyć. Ale kiedy decyzja co zrobić z naszym dylematem jest mało pochopna? Jak w ogóle określić, czy podjęliśmy dobrą czy złą decyzję? Da się to w ogóle zrobić? Sama się gubię w tym co się da co nie da, za czy przeciw, tak czy nie, nie czy tak.

Dylematy będą zawsze i wszędzie. I w każdym. I trzeba pamiętać, że nigdy nie podejmie się tak naprawdę idealnie dobrej decyzji, zawsze, praktycznie zawsze jest to mniejsze zło, a im dłużej się myśli tym, człowiek się bardziej zadręcza a wtedy z dylematu robi się problem.

Nie warto mieć problemów.

Tylko po co te dylematy?

tak czy nie, nie czy tak

tiku tak.

wtorek, 15 marca 2011

Czasu czas blogo blast

Ja tego na prawdę nie rozumiem. Po co piszemy blogi... No po to żeby pozbyć się jakiś myśli dla przykładu lub może też po to żeby przekazać coś światu. Czasami chcemy żeby nasze blogi były widziane jak nie wiem co, a czasami wolimy żeby nikt ich nigdy nie widział. Jak to jest, że zapotrzebowanie społeczeństwa na wszystko jest aż tak różne?? Przecież aż tak się od siebie nie różnimy. Kobieta to kobieta mężczyzna to mężczyzna. Niby to samo a jednak zupełnie co innego. Ciekawe kiedy zaczęła się taka różnorodność w myśleniu postępowaniu itd., kiedy jedni zaczęli jedne rzeczy postrzegać jako dobre inne jako złe a kolejni odwrotnie. Myśli myśl, zgrzytu zgrzyt... Blogo blast.. Blogiem blog bloguje bloga... Niby coś a jednak nic. Jak nazwać bloga, jaki ma mieć wygląd? Kto to wie. A po co to nam... A po co to komu... Nazwa bloga jest dość istotna. Jeśli nie chcemy żeby się rzucał w oczy nazywamy go jakoś pospolicie swoim imieniem ksywką cokolwiek byle by się nie wyróżniał z tłumu... Jeśli chcemy by właśnie był widoczny by czytali go inni by go komentowali bla bla bla, męczymy się nad nazwą bloga i myślimy i myślimy... Myślodświenia, myśloskrzynka... blogo blast skrzypu skrzyp i szukamy i szukamy i tak na prawdę nic nie wymyślamy... Bo jeśli ktoś ma nas odnaleźć to nas odnajdzie a jeśli nie to nie... Ale jak sobie pomóc w tym odnalezieniu? W głowie mam mętlik nad mętlikami jak nigdy dotąd. Ze szczęścia z rozpaczy z pociechy i zagubienia. Czy każdy tak ma? Ja mam.

wtorek, 11 stycznia 2011

No to zaczynamy :)

Bloga próbowałam pisać już kilka razy. Były to blogi tematyczne np. z moimi opowiadaniami, ale pisałam też blog nawet ciekawy, który zapodział mi się gdzieś w sieci i nie pamiętam gdzie. Były to przemyślenia o różnych dziedzinach życia, od kobiet dla kobiet. Do pisania tamtego blogu zainspirował mnie pewien serial "sex w wielkim mieście". Większość z nas zna ten serial i wie, o co w nim chodziło. Chciałabym, żeby mój blog, który mam nadzieje prowadzić, był czymś inspirującym i może pomocnym, ale na pewno sugerującym chwile refleksji nad wszystkim co nas otacza.

Zaczynam się robić w końcu senna, więc dobranoc :* wszystkim, które już idą spać, i dzień dobry tym, co wstają, a miłych snów tym co śpią.