piątek, 25 marca 2011

Kobieta kot

Ostatnio zaczęłam się zastanawiać nad kobietą kotem. Nie chodzi mi o postać z komiksów i filmów, tylko o pewne zjawisko. "Przyczaj te kocie ruchy" mówi facet do faceta (przy czym facet jest użyte specjalnie jako określenie pewnego rodzaju mężczyzny) i wskazuje zgrabnie poruszającą się kobietę.

Gdy jest jej dobrze odpłaci z nawiązką, lecz gdy ktoś zrobi coś nie tak, coś co nie będzie jej pasowało lub jakoś drażniąco podziała to zemści się dotkliwie. Na pieszczoty kiedy ma na to ochotę odpowie pieszczotami, ale gdy nie ma na nie najmniejszej chęci, fuknie coś pod nosem i ucieknie. Z brudnej ubikacji niechętnie skorzysta ale czasem już woli załatwić potrzebę gdzieś na uboczu niż pośród brudu i zarazków. Jak potrzebuje czułości, to chętnie przyjdzie ale nie zrozumie odmowy, no bo jak ktoś może nie chcieć akurat teraz tego samego co ona? Gdy jest zajęta i ktoś jej przeszkodzi, rzuca się z pretensjami. Pobawić i powygłupiać się lubi, ale gdy tylko ma dość lub jest znudzona, pokazuje to boleśnie i ostentacyjnie. Nowe zabawki i świecidełka lubi jak najbardziej, ale bywa że szybko się nimi nudzi. Oczywiście bywa wybredna jeśli chodzi o jedzenie i tu nic dodać nic ująć. Jak nie będzie pasować to owszem zje, ale kręcąc nosem.

Czy opis ten przypomina bardziej kota, czy wnętrze, nawet to głęboko ukryte, każdej praktycznie kobiety? Mnie osobiście opisuje jak najbardziej. Nie mówię, że zawsze tak wszystko uzewnętrzniam, ale moje wnętrze zgadza się chyba prawie ze wszystkim. Zgadzam się z tym ja, ale i domowa kocica się z tym zgadza. Tak więc,

Kobieta czy kot?

Kot czy kobieta?

Miauuu...?

Zrób dziś co masz zrobić jutro, bo jutro i tak będzie zawsze coś nowego do roboty

Wszyscy się ciągle gdzieś spieszą. Rano do pracy, popołudniu z pracy, na zakupach pośpiech, w urzędach pośpiech, w bankach pośpiech... I tłok, zawsze, wszędzie i o każdej porze. Jesteśmy jak mrówki w mrowisku, albo pszczoły w ulu. Biegamy z domu do pracy, z pracy do domu, z domu do sklepu, ze sklepu do kuchni, dodając do tego dzieci, dochodzą przedszkola, szkoły i zajęcia dodatkowe. I coraz szybciej i szybciej jak lokomotywa, turk, turk, turkocze po szynach rozpędzając się, żeby uciągnąć za sobą wagony pełne obowiązków, doświadczeń, przypadków i obietnic. I tak dzień w dzień...

Turk, turk...

Turk, turk...

Turk, turk...

Jak mróweczki, jak pszczoły, jak lokomotywa co pot z niej spływa...

A może odpoczynek? No najlepiej na łonie natury, czyli np.. na działce. Jak już się ma taką działkę, przestrzeń jakąś zieloną z trawniczkiem, iglaczkami, kwietnikiem a nie daj boże jeszcze z warzywniakiem, bo przecież trzeba się zdrowo odżywiać, to na pewno odpoczniemy. Kosząc trawnik, pieląc grządki i walcząc ze szkodnikami. Faktem jest, że gdy się ze wszystkim uporamy to znajdziemy w końcu chwilę, by położyć się na leżaku. Chwile. Przecież zapomnieliśmy na pewno o czymś co trzeba zrobić.

Turk, turk...

Turk, turk...

Turk, turk...

Leniwym jest ciężko, normalnym nerwowo, a "popychacze" są w swoim żywiole. Tylko kim lepiej być? Leniwym i ciągle wysłuchiwać "tego nie zrobiłeś, tamtego nie, siamtego...". Może lepiej być normalnym? Leniwym przypominać, a "popychaczy" wysłuchiwać i ze zszarpanymi nerwami wieść "spokojne" życie. A może lepiej być "popychaczem" i przypominać, i mówić ciągle wszystkim o wszystkim? Gdyby przełożyć to na prawo dżungli, ciekawe, który gatunek dłużej by przeżył:
Leniwców, na których presję ciągle wywierają pozostałe dwa, ale leniwce mają wszystko ładnie mówiąc gdzieś, chyba że sumienie ich ruszy;
Normalnych, którzy wywierają presję i są pod presją, robią i nie robią, denerwując się, że leniwce nic nie robią chociaż im się przypomina i powtarza i wysłuchują jednocześnie jak "popychacze" im samym przypominają i powtarzają;
"Popychacze" znielubieni a może nawet i znienawidzeni przez oba pozostałe gatunki za wieczne mówienie co jak i kiedy.

I tak sobie całe życie spędzamy na turkotaniu. Zaczyna się już w przedszkolu. W żłobku na szczęście nie doczepiają jeszcze wagonów. Wagoniki może, ale wagony dopiero gdy idziemy do przedszkola. Na początku jest zabawnie, bo sami traktujemy wszystko jako zabawę, a później się zaczyna. Dodatkowy angielski, dodatkowy francuski, tańce, kółko teatralne, robótek ręcznych, matematyczne, polonistyczne i kto wie jeszcze jakie, żeby tylko zacząć przygotowywać się do podstawówki i dalszego życia. Podstawówka to już mała szkoła przetrwania. Im jesteśmy starsi tym ten survival jest cięższy i coraz mniej osób mamy do pomocy. W każdym razie w podstawówce poznajemy co to jest wyścig szczurów. I znowu dodatkowe zajęcia w domu, bo jesteśmy już bardziej odpowiedzialni, i w szkole, bo musimy gonić inne dzieci, żeby od nich za bardzo nie odstawać. I pędzimy z domu do szkoły, ze szkoły do domu, na zajęcia dodatkowe, turk, turk, turk... i tak poprzez egzamin gimnazjalny i maturę, dostajemy się na studia, lub też nie, bo przegraliśmy wyścig. Na studiach czasami zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy jak ta lokomotywa, pszczółka, albo mrówka, ale mimo tego turkoczemy coraz szybciej na przód. Studia, praca, rodzina, turk, turk, turk, studia, praca, rodzina, turk, turk, turk, studia, praca, rodzina, dziecko...

I tak turkoczemy sobie przez życie, aż wreszcie u kresu spokojnie sobie odpoczniemy. Chociaż nie wiem czy spokojnym odpoczynkiem można nazwać schorowane stawy, bolące od nerwów wrzody i tą niemoc w zrobieniu wielu rzeczy...

A życie? A życie dalej turkocze...

Ciuuuu ciuuuuu....

Miękka delikatna skóra w standardzie


Ostatnio miałam trochę czasu dla siebie, więc jak chyba każda młoda dbająca o siebie kobieta, postanowiłam zająć się sobą. Nie chciałam tracić na to nie wiem ile czasu, po prostu chciałam zrobić ze sobą to co powinnam robić co rano, ale nie zawsze z tym zdążam. Do tych czynności należało między innymi: wzięcie prysznica, umycie głowy, nałożenie odżywki na włosy, golenie wszystkiego co ogolone być powinno, lub wypada żeby było ogolone, użycie pillingu do ciała, pozbycie się zrogowaciałego naskórka z pięt, mycie zębów, nitkowanie zębów, pilling twarzy, tonizowanie twarzy, maseczka oczyszczająca na twarz, nawilżanie twarzy, nałożenie kremu antycelulitowego, nałożenie kremu ujędrniającego na biust, nawilżanie ciała balsamem, nawilżenie piętek itp... itd... w pewnym momencie doszło do mnie, ile czasu to zabiera. Gdybym z czystym sumieniem praktycznie co rano, spędzała tyle czasu w łazience, a potem jeszcze miałabym zająć się resztą porannych zajęć (ścielenie łóżka, przygotowywanie śniadania, itp.) musiałabym wstawać ok trzech godzin przed wyjściem z domu. Jeśli chodziłabym do pracy np., na ósmą, musiałabym wstawać o 5. Katorga? Poświęcenie? Głupota? Czy po prostu życie?

Od lat wizerunek idealnej kobiety zmienia się wbrew pozorom bardzo szybko. Część z nas nadąża naturalnie nad tymi zmianami, inne starają się nadążyć, a jeszcze inne nawet o tym nie myślą, bo nie mają na to czasu. Jak można nadążyć nad tymi zmianami mając dzieci, męża, dom i do tego jeszcze pracę? Wszystkim trzeba się zająć, nawet jeśli mamy osobę, która nas choć trochę odciąży.

Mężczyźni "wymagają" od nas tego, żeby nasze włosy były miękkie i pachnące, skóra delikatna, pięty nie drapiące, cellulit jest be, rozstępy są fe, tłuszczyk jest fajny ale nie do końca, i najlepiej żebyśmy zawsze były miłe, słodkie, gotowały i robiły wszystko, żeby naszym panom i nam było jak najlepiej. I staramy się jak głupie, żeby być "cacy", chudniemy, ćwiczymy, nakładamy kosmetyki, i tak w kółko. I czasem tylko usłyszymy "ładnie wyglądasz" albo "kochanie Twój jeżyk mnie drapie".

A jeszcze niedawno, praktycznie jedynymi kosmetykami jakie się używało, była pasta do zębów, krem bambino, szare mydło, szminka i jakaś perfuma. Nie wspominając już o tym, że widok nieogolonych nóg był normalny. Teraz jest niewybaczalne, żeby kobieta nie zdążyła się tym zająć.

Niektóre mają naturalnie zakodowane żeby dbać o siebie i podążać za trendami, inne muszą się starać, a jeszcze inne się tym nie przejmują. Ale co z naszymi panami? Jedni tolerują to, że nie zdążymy ze wszystkim, a inni nie dopuszczają tego, że kobieta może coś zaniedbać. I dobrze niech tak będzie, ale czy nam jest miło, gdy nasz mężczyzna drapie nas w nocy piętami? Chyba nie do końca. A na słowa "kochanie drapiesz mnie", albo "kochanie masz szorstką skórę" reagują jak rozdrażniona mucha. Jak to jest? Dlaczego tylko my mamy o siebie dbać a nasi panowie nie? Oczywiście są różni panowie, którzy dbają o siebie za bardzo i wtedy nazywamy ich zniewieściałymi, albo i tacy co nie dbają o siebie w ogóle i w takim wypadku nie chcemy mieć z nimi nic wspólnego. Nie chce oczywiście powiedzieć, że nasi mężczyźni mają używać aż tyle kosmetyków co my. Nawet nigdy bym chyba nie próbowała przekonywać żadnego z nich, bo to by było jak przekonywanie ściany, żeby się przesunęła o metr, ale myślę że żyletka, nożyczki, pumeks, balsam do ciała, perfuma i rzeczy po goleniu, powinny być w standardzie.

Tak miło jest się przytulić do miękkiej i delikatnej skóry, ocierając stópką o stópkę...
Published with Blogger-droid v1.6.7

czwartek, 17 marca 2011

Chomikowanie

Sprzątanie pokoju to ciężka rzecz. Jeszcze cięższe jest sprzątanie mieszkania, domu, nie wspominając o prawdziwej krainie chomikowania, czyli piwnicy lub garażu. Skąd się u nas bierze to chomikowanie. Rozejrzyjmy się we własnym kącie. Ile mamy wokół siebie rzeczy, które leżą i nigdy ich nie użyliśmy? Albo ubrań w szafie, których nie nosimy od lat i właściwie to ich nigdy nie założymy? Mnóstwo. Założę się, że nawet Ci co niby nie chomikują rzeczy i tak znajdą coś, choćby jedną jedyną rzecz, której mogliby się pozbyć.

Dziurawe skarpetki - nie nie wyrzucę, bo w sumie to mogę je zacerować i będą jak nowe.

Bluzka z krótkim rękawem - no niby nie nosiłam jej już od jakiś 5 czy 6 lat, może jest trochę przymała, albo ma gdzieś plamkę, ale zostawię ją, bo będę miała do chodzenia po domu.

Stary cień do powiek w jakimś dziwnym kolorze, którym się na pewno nie pomaluje - w sumie to zostawię, bo może ktoś będzie robił bal przebierańców i się przyda.

Głośniki do komputera - no niby charczą, czy tam przerywają, ale niech sobie jeszcze poleżą, może kabelek się przyda lub wtyczka.

Torebka - o, tej to nie nosiłam od jakiś 7 czy 8 lat, ale do stroju się może przydać.

Stary sweter - będzie po domu.

t shirt - może na szmatkę?

I tak chomikujemy, i chomikujemy, wmawiając sobie, że to się nam na pewno jeszcze przyda. Ale z czystym myślę sumieniem większość tych rzeczy będzie dalej zalegała na półce, czy gdzieś i nawet ich nie użyjemy. Sprzątanie gruntowne z pozbywaniem się zachomikowanych rzeczy to nie jest prosta sprawa. Z niektórymi się na prawdę trudno rozstać, dlatego do sprzątania takiego myślę, że trzeba przygotować się psychicznie. Dwa dni wcześniej zacząć myśleć, że pozbędzie się wszystkiego co nie potrzebne. To oczywiście i tak nie wystarczy, bo pozbędziemy się tylko połowy niepotrzebnych rzeczy, ale zawsze coś.

To w końcu jak to jest. Człowiek czy chomik? Można się w tym zgubić. Chomciu, chomciu, chomciu... Nie ma sposobu na chomikowanie. Patrzysz na coś i myślisz, że się przyda bo może rzeczywiście i się przyda? Kto to wie. Ale logicznie myśląc, jeśli leży to już ponad rok i nie jest używane to czy się przyda?

Najlepszym myślę sposobem na pozbycie się chomikowania jest nie chomikować od samego początku. Skarpetki są dziurawe? Do kosza albo do cerowania od razu. Bluzka ma plamkę i nie da się sprać? Do kosza albo na ścierkę od razu. Od razu powinniśmy się pozbywać rzeczy, których nie użyjemy, bo później nasze domy zalegają w takich rzeczach. Teraz czasami się śmiejemy z naszych babcinych domów, że tak dużo tam bibelotów i innych dziwnych rzeczy, o których babcie już pewnie dawno zapomniały. A jak będą wyglądały nasze domy za 30 lat?

Jednak najgorsze przy chomikowaniu są prezenty. Gwiazdka, urodziny czy imieniny i prezenty, które ani to potrzebne, ani przydatne, ani trafione. Tego się już nauczyłam i myślę, że to przydatna umiejętność. Jeśli dostaję coś, czego nie użyję, nie dotknę, nie będę nosić, używać itd, wydaję to dalej na prezent. Tylko trzeba uważać, żeby nie trafiło z powrotem do osoby która nam to wręczyła :)

Ehhh te bibeloty, po co one komu?

O! Moje ulubione skarpeteczki, których chyba z rok nie widziałam...
ojć dziurka.
No nic, na pewno zaceruję kiedyś.

O dylematach...


Każdy z nas ma dylematy. Pojawiają się właściwie na każdym kroku, w każdej dziedzinie życiowej. Czasem większe, czasem mniejsze. I po co nam one? Nie można by było po prostu podjąć jakiejś decyzji? Tak lub nie. I koniec. Czemu ludzie zastanawiają się po tysiąckroć nad czymś, a z każdym myśleniem o tym, dylemat czy problem się pogłębia. Zaprzątamy sobie głowy tysiącem nie potrzebnych myśli i problemów, które tak naprawdę w żaden sposób nam nie pomogą czy nie zaszkodzą. Dylematy, dylematy, dylematy... Zawsze są za i przeciw. Zawsze trzeba przemyśleć i za i przeciw. Tylko tak naprawdę co jest za, a co przeciw? A jeśli jest o jedno więcej za, to oznacza, że już jest na tak, czy że jeszcze trochę na nie? I siedzimy i myślimy, myślimy, myślimy, a mózg nam paruje, a my myślimy i myślimy i myślimy... i po co? Po co tak siedzieć i rozmyślać skoro decyzję można szybko podjąć. Tak lub nie, nie lub tak. Im szybciej podejmie się decyzje tym lepiej. Oczywiście nie można podjąć decyzji pochopnie, bo to się może źle skończyć. Ale kiedy decyzja co zrobić z naszym dylematem jest mało pochopna? Jak w ogóle określić, czy podjęliśmy dobrą czy złą decyzję? Da się to w ogóle zrobić? Sama się gubię w tym co się da co nie da, za czy przeciw, tak czy nie, nie czy tak.

Dylematy będą zawsze i wszędzie. I w każdym. I trzeba pamiętać, że nigdy nie podejmie się tak naprawdę idealnie dobrej decyzji, zawsze, praktycznie zawsze jest to mniejsze zło, a im dłużej się myśli tym, człowiek się bardziej zadręcza a wtedy z dylematu robi się problem.

Nie warto mieć problemów.

Tylko po co te dylematy?

tak czy nie, nie czy tak

tiku tak.

wtorek, 15 marca 2011

Czasu czas blogo blast

Ja tego na prawdę nie rozumiem. Po co piszemy blogi... No po to żeby pozbyć się jakiś myśli dla przykładu lub może też po to żeby przekazać coś światu. Czasami chcemy żeby nasze blogi były widziane jak nie wiem co, a czasami wolimy żeby nikt ich nigdy nie widział. Jak to jest, że zapotrzebowanie społeczeństwa na wszystko jest aż tak różne?? Przecież aż tak się od siebie nie różnimy. Kobieta to kobieta mężczyzna to mężczyzna. Niby to samo a jednak zupełnie co innego. Ciekawe kiedy zaczęła się taka różnorodność w myśleniu postępowaniu itd., kiedy jedni zaczęli jedne rzeczy postrzegać jako dobre inne jako złe a kolejni odwrotnie. Myśli myśl, zgrzytu zgrzyt... Blogo blast.. Blogiem blog bloguje bloga... Niby coś a jednak nic. Jak nazwać bloga, jaki ma mieć wygląd? Kto to wie. A po co to nam... A po co to komu... Nazwa bloga jest dość istotna. Jeśli nie chcemy żeby się rzucał w oczy nazywamy go jakoś pospolicie swoim imieniem ksywką cokolwiek byle by się nie wyróżniał z tłumu... Jeśli chcemy by właśnie był widoczny by czytali go inni by go komentowali bla bla bla, męczymy się nad nazwą bloga i myślimy i myślimy... Myślodświenia, myśloskrzynka... blogo blast skrzypu skrzyp i szukamy i szukamy i tak na prawdę nic nie wymyślamy... Bo jeśli ktoś ma nas odnaleźć to nas odnajdzie a jeśli nie to nie... Ale jak sobie pomóc w tym odnalezieniu? W głowie mam mętlik nad mętlikami jak nigdy dotąd. Ze szczęścia z rozpaczy z pociechy i zagubienia. Czy każdy tak ma? Ja mam.