Wszyscy się ciągle gdzieś spieszą. Rano do pracy, popołudniu z pracy, na zakupach pośpiech, w urzędach pośpiech, w bankach pośpiech... I tłok, zawsze, wszędzie i o każdej porze. Jesteśmy jak mrówki w mrowisku, albo pszczoły w ulu. Biegamy z domu do pracy, z pracy do domu, z domu do sklepu, ze sklepu do kuchni, dodając do tego dzieci, dochodzą przedszkola, szkoły i zajęcia dodatkowe. I coraz szybciej i szybciej jak lokomotywa, turk, turk, turkocze po szynach rozpędzając się, żeby uciągnąć za sobą wagony pełne obowiązków, doświadczeń, przypadków i obietnic. I tak dzień w dzień...
Turk, turk...
Turk, turk...
Turk, turk...
Jak mróweczki, jak pszczoły, jak lokomotywa co pot z niej spływa...
A może odpoczynek? No najlepiej na łonie natury, czyli np.. na działce. Jak już się ma taką działkę, przestrzeń jakąś zieloną z trawniczkiem, iglaczkami, kwietnikiem a nie daj boże jeszcze z warzywniakiem, bo przecież trzeba się zdrowo odżywiać, to na pewno odpoczniemy. Kosząc trawnik, pieląc grządki i walcząc ze szkodnikami. Faktem jest, że gdy się ze wszystkim uporamy to znajdziemy w końcu chwilę, by położyć się na leżaku. Chwile. Przecież zapomnieliśmy na pewno o czymś co trzeba zrobić.
Turk, turk...
Turk, turk...
Turk, turk...
Leniwym jest ciężko, normalnym nerwowo, a "popychacze" są w swoim żywiole. Tylko kim lepiej być? Leniwym i ciągle wysłuchiwać "tego nie zrobiłeś, tamtego nie, siamtego...". Może lepiej być normalnym? Leniwym przypominać, a "popychaczy" wysłuchiwać i ze zszarpanymi nerwami wieść "spokojne" życie. A może lepiej być "popychaczem" i przypominać, i mówić ciągle wszystkim o wszystkim? Gdyby przełożyć to na prawo dżungli, ciekawe, który gatunek dłużej by przeżył:
Leniwców, na których presję ciągle wywierają pozostałe dwa, ale leniwce mają wszystko ładnie mówiąc gdzieś, chyba że sumienie ich ruszy;
Normalnych, którzy wywierają presję i są pod presją, robią i nie robią, denerwując się, że leniwce nic nie robią chociaż im się przypomina i powtarza i wysłuchują jednocześnie jak "popychacze" im samym przypominają i powtarzają;
"Popychacze" znielubieni a może nawet i znienawidzeni przez oba pozostałe gatunki za wieczne mówienie co jak i kiedy.
I tak sobie całe życie spędzamy na turkotaniu. Zaczyna się już w przedszkolu. W żłobku na szczęście nie doczepiają jeszcze wagonów. Wagoniki może, ale wagony dopiero gdy idziemy do przedszkola. Na początku jest zabawnie, bo sami traktujemy wszystko jako zabawę, a później się zaczyna. Dodatkowy angielski, dodatkowy francuski, tańce, kółko teatralne, robótek ręcznych, matematyczne, polonistyczne i kto wie jeszcze jakie, żeby tylko zacząć przygotowywać się do podstawówki i dalszego życia. Podstawówka to już mała szkoła przetrwania. Im jesteśmy starsi tym ten survival jest cięższy i coraz mniej osób mamy do pomocy. W każdym razie w podstawówce poznajemy co to jest wyścig szczurów. I znowu dodatkowe zajęcia w domu, bo jesteśmy już bardziej odpowiedzialni, i w szkole, bo musimy gonić inne dzieci, żeby od nich za bardzo nie odstawać. I pędzimy z domu do szkoły, ze szkoły do domu, na zajęcia dodatkowe, turk, turk, turk... i tak poprzez egzamin gimnazjalny i maturę, dostajemy się na studia, lub też nie, bo przegraliśmy wyścig. Na studiach czasami zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy jak ta lokomotywa, pszczółka, albo mrówka, ale mimo tego turkoczemy coraz szybciej na przód. Studia, praca, rodzina, turk, turk, turk, studia, praca, rodzina, turk, turk, turk, studia, praca, rodzina, dziecko...
I tak turkoczemy sobie przez życie, aż wreszcie u kresu spokojnie sobie odpoczniemy. Chociaż nie wiem czy spokojnym odpoczynkiem można nazwać schorowane stawy, bolące od nerwów wrzody i tą niemoc w zrobieniu wielu rzeczy...
A życie? A życie dalej turkocze...
Ciuuuu ciuuuuu....